Marketing to forma dialogu, mniej lub bardziej osobistego. Niestety dialogu nie zawsze da się prowadzić na masową skalę, a znudzeni klienci lubią być traktowani wyjątkowo. Firma musi coś dla nich zrobić.
Może pójść za nimi i
sponsorować zimowe imprezy sportowe, organizować
degustacje lub
stawiać billboardy na stokach narciarskich, wieczorem zaś zapraszać na
„ognistą zabawę” do klubów. Gdy troska o dzieci jest dobrym argumentem za marką, może
organizować sponsorowane kluby rodzinne w lokalnych ośrodkach.
Aby dotrzeć do wybrednego hedonisty marka wymaga co jakiś czas odświeżenia wizerunku. Bardziej radykalnym krokiem jest oddanie klientowi części inicjatywy i
zaproszenie do współtworzenia produktu. Gdy zaś trzeba przekonać klienta korporacyjnego, dobrze jest pokazać mu
funkcjonowanie własnej firmy „od kuchni”, wykorzystując przy okazji środki z arsenału marketingu doznań. Skoro dotarliśmy do siedzib firm, niedługo pojawią się w nich
wirtualni doradcy bankowi wybierający dla zagonionych pracowników najlepsze oferty.
W Internecie z kolei można zaproponować
platformę lansu w du chu Web 2.0 lub
(prawie) inteligentny czat z niemal sztuczną inteligencją.
W wielu z tych inicjatyw ogromną rolę odgrywa dialog międzyludzki i kontakt osobisty. Ten trend, od dawna oceniany jako zbyt kosztowny, zostanie nieco ujarzmiony z pomocą wprowadzanych właśnie wirtualnych doradców, awatarów i czatbotów. Dodatkową korzyścią z sięgania po najnowsze technologie będzie posadzenie pracownika na właściwym miejscu: dotychczasowego kapryśnego skoczka przebierającego w ofertach znów zobaczymy, jak siedzi cicho przy biurku i z obawą śledzi informatyka.